Data: 13-22.08.2026
VeloPlannerDzień 1
Samochód zostawiliśmy na parkingu przy dworcu kolejowym w Świnoujściu (na przeciwko Żabki, bez opłat). Zapakowaliśmy rowery i pojechaliśmy na terminal promowy. Tym razem, nieco inaczej niż poprzednim razem w Gdyni, odprawialiśmy się razem z samochodami i razem z nimi czekaliśmy w kolejce na wjazd na prom. Rowerzyści ustawiają się tam jako pierwsi w kolejce i po pewnym czasie uzbierała się nas całkiem spora grupa. Na sygnał wjechaliśmy na pokład w miejsce wyznaczone dla rowerzystów, gdzie powiesiliśmy rowery. Na ten rejs nie było już wolnych kabin i mieliśmy wykupione fotele lotnicze (378 zł za naszą dwójkę z rowerami). Sala z fotelami była duża, było też z nami sporo osób, a same fotele po pewnym czasie przestały być wygodne. Cale szczęście rejs nie trwa długo, ok 7 godzin, także nie ma tragedii.
Dzień 2
Rano sprawnie i punktualnie opuściliśmy pokład i ruszyliśmy w trasę wzdłuż wybrzeża na wschód od Ystad. Naszym celem był region nazywany szwedzką Toskanią. Kierowaliśmy się na plaże w Sandhammaren i kamienny krąg Ales Stenar. Trasa była bardzo przyjemna, wyjazd z Ystad łatwy drogami rowerowymi. W połowie drogi do Sandhammaren droga rowerowa skończyła się i jechaliśmy już drogą publiczną, na której był nawet spory ruch. Sam region rzeczywiście przypomina Toskanię. Pofalowane tereny, pola uprawne i spore klify. Tego dnia mieliśmy piękną słoneczną i bezwietrzną pogodę. Warto było tam pojechać.
Do Ystad wracaliśmy po śladach. Miasto jest bardzo ładne i zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie. Dalsza jazda już w kierunku zachodnim, to czysta przyjemność. Wydzielona dwupasmowa droga rowerowa wiedzie wzdłuż samego brzegu morza Bałtyckiego. Jest sporo miejsc piknikowych, gdzie można zejść na plażę, skorzystać z toalet czy, tak jak my to zrobiliśmy, uciąć sobie drzemkę ;). W Smalandii tego nie było. Teren tutaj jest płaski, nawierzchnia idealna, super widoki – nic tylko jechać. Tego dnia dojechaliśmy pod Trelleborg, gdzie odwiedziliśmy najbardziej na południe wysunięty punkt Szwecji w Smygehuk, a potem znaleźliśmy spokojne miejsce na plaży i tam rozbiliśmy namiot. Jakże inna jest Skania od regionów, które odwiedzaliśmy podczas poprzedniej wyprawy.
Dzień 3
Noc minęła bardzo spokojnie. Śniadanie, kawa i w trasę. Zaczęliśmy od Trelleborga, a potem dalej ma zachód wzdłuż wybrzeża. Początkowo jechaliśmy wygodną trasą rowerową, ale po jakimś czasie skończyła się i szlak wiódł już drogami publicznymi, ale z małym ruchem. Gdy dojechaliśmy na półwysep Falsterbo do miejscowości Skanor, nie mogliśmy wręcz uwierzyć, że jesteśmy w Szwecji. To wypoczynkowy region z szerokimi plażami, białym piaskiem, domkami plażowymi i niemal turkusowym morzem. Sporo ludzi, ale bez gwaru i jakoś tak spokojnie. Tego dnia zrobił się upał i klimat był bardzo wakacyjny. Fajne miejsce.
Następnie ruszyliśmy na północ w kierunku Malmo i od Skanor do samego Malmo jedzie się praktycznie cały czas wyłącznie drogami rowerowymi. Podobnie w samym mieście. Mieliśmy wrażenie, że nie ma tam chodników, tylko wyłącznie drogi rowerowe, ale bez nadmiernego ruchu. Malmo zrobiło na nas świetne wrażenie i bardzo komfortowo nam się je zwiedzało ma rowerach. Nie spodziewaliśmy się, że jest tak ciekawe, czyste i ładne. Mieliśmy tylko kilka godzin na zwiedzanie i czujemy mały niedosyt. Nie mogliśmy jednak za bardzo się ociągać, bo mieliśmy jeszcze tego dnia w planach pociąg do Kopenhagi, a robiło się już powoli późno. W automacie na dworcu Hyllie kupiliśmy bilety, (390 SEK, 153 zł) i po pół godzinie byliśmy już w pociągu. Nie wiemy czy akurat tak trafiliśmy tego dnia, czy jest tak zawsze, ale sporo pociągów było odwołanych, nikt nic nie wiedział i panowało jakieś ogólne zamieszanie. W naszym pociągu zresztą, już po duńskiej stronie, nagle nadano komunikat, że właśnie kończy bieg i proszę wysiadać, bo będzie wracał do Szwecji. Całe szczęście było to już w centrum, a my mieliśmy rowery. Szczęście i nieszczęście. Na upatrzony kemping nie mieliśmy daleko, jakieś pół godziny, ale wysiedliśmy w sam środek sobotniego późnego popołudnia wokół dworca głównego. Wpadliśmy w sam środek ludzkiego i rowerowego potopu. Ze spokojnej i cichej Szwecji przenieśliśmy się nagle w głośne i zatłoczone centrum Kopenhagi. Ruch rowerowy przeogromny. Wiedzieliśmy, że tam tak jest, ale nie w takiej skali. Oczy trzeba mieć dookoła głowy, bo rowery są wszędzie (auta też, ale wszędzie są drogi rowerowe). Trzeba też uważać na skrzyżowaniach samych dróg rowerowych, które mają oddzielną sygnalizację świetlną. Robiło się już późno i tego dnia dojechaliśmy już tylko na pole kempingowe, które okazało się bardzo spokojne, i na którym było sporo miejsca (Bellahoj Camping, https://maps.app.goo.gl/dr8v4ciT9E3QftJSA, 196 kr, 114 zł).
Dzień 4
Rano ruszyliśmy na zwiedzanie Kopenhagi. Dojazd z kempingu do centrum zajął nam 20 min, ale nie było już takiego tłoku, bo była niedziela rano. Jak już się nam kilkukrotnie zdarzało i tu również trafiliśmy na triathlon. Jego trasa była poprowadzona przez centrum, które całe było zastawione barierkami i taśmami. Dzięki temu nie było ruchu samochodowego, więc dało się całkiem swobodnie zwiedzać miasto. Kopenhaga nas urzekła i przygniotła zarazem. Architektura, widoki, ludzie, infrastruktura rowerowa, która przebija wszystko, co do tej pory widzieliśmy sprawiły, że po kilku godzinach zwiedzania czuliśmy już potrzebę przerwy i odpoczynku od tego wielkiego, ale świetnego miasta.
Ruszyliśmy więc w dalszą trasę na południe Danii. Trasa co prawda wiedzie wzdłuż wybrzeża, ale na tym odcinku morze widać sporadycznie gdzieś w oddali. Warto jednak zboczyć z trasy i zajrzeć na którąś z plaż, bo są one niezwykle malownicze z białymi piaskami i z turkusową wodą. Jechało się bardzo dobrze komfortową, dwupasmową drogą rowerową, która po kilkudziesięciu kilometrach przeszła w drogę publiczną, ale niemal bez ruchu samochodowego. Teren idealnie płaski. Po drodze jest wiele kempingów, więc nie martwiliśmy się o nocleg. Zostaliśmy na noc na Vemmetofte Strand Camping (https://maps.app.goo.gl/4ZTpaEcK14N7GiGh9, 120 zł). Ciche miejsce, mało ludzi. Recepcja była już zamknięta, ale rozbiliśmy się na wolnym placu (infrastruktura dostępna bez żadnych kodów).
Dzień 5
Całą noc padało, rano było pochmurno, ale jakoś udało nam się podsuszyć namiot. Rozliczyliśmy się za nocleg i ruszyliśmy w trasę. Tego dnia mieliśmy orkę. Trasa była nudna i pod wiatr. Prowadziła zarówno drogami publicznymi z małym ruchem, jak i drogami rowerowymi. W miarę jak zbliżaliśmy się do wyspy Mon, teren stawał się coraz bardziej pofalowany, co jeszcze bardziej utrudniało płynną jazdę.
Jednak gdy już dojechaliśmy przekonaliśmy się, że było warto 🙂
Celem było wybrzeże jakiego jeszcze nie widzieliśmy z wysokimi, wapiennymi klifami. Rozbiliśmy się na dużym i dobrze zorganizowanym kempingu Camp Mons Klint (https://maps.app.goo.gl/yBLcbVegRhibgXbv9) . Chyba jedyny sensowny w okolicach, z pełną infrastrukturą, sklepem, barem, placami zabaw itd., a przez to drogi (390 kr., 225 zł). Jest w okolicy kilka miejsc biwakowych, gdzie można oficjalnie rozbić namiot, ale nie sprawdzaliśmy ich, bo prowadziły do nich piesze szlaki w głąb lasów.
Rozbiliśmy się i poszliśmy na klify, które są 15 min spacerem od kempingu. Widok na miejscu zapiera dech. Rzeczywiście są ogromne, ponad 120 metrów wysokości, podobno najwyższe nad Bałtykiem. Te najbardziej znane i oblegane przez turystów znajdują się przy muzeum GeoCenter. My poszliśmy obejrzeć nieco niższe, ale równie spektakularne, co było dobrym pomysłem, bo nie było tam nikogo i klify podziwialiśmy zupełnie sami. Naprawdę warto było się namęczyć tego dnia, żeby tam dotrzeć.
Dzień 6
Rano już spakowani pojechaliśmy jeszcze na klify przy GeoCenter i rzeczywiście było tam tłoczno. Pełno ludzi, kamperów, samochodów, wycieczek… Nie zostaliśmy tam długo i ruszyliśmy w dalszą trasę, która tego dnia była bardzo fajna. Otaczały nas ładne widoki, które kojarzyły nam się trochę z Toskanią (widzieliśmy szwedzką, to i niech będzie duńska ;)), jechaliśmy długą groblą pomiędzy zatokami i mieliśmy też przeprawę promową. Potem wjechaliśmy w potężne lasy, aż w końcu szlak prowadził przy samych plażach. Naprawdę świetna część trasy.
Noc spędziliśmy na kempingu Ulsev Strand Campin (https://maps.app.goo.gl/AqesjiCzLt1Vayu99, 140 kr., 84 zł), który był jednym z najlepszych na jakim spaliśmy podczas tej wyprawy. Położony przy samej plaży, która bardziej przypomina jakąś plażę z krajów tropikalnych niż z Europy, na miejscu jadalnia, kuchnia i sklep z podstawowymi produktami.
Dzień 7
Tego dnia zbieraliśmy się dosyć wcześnie, bo chcieliśmy zdążyć na 11.15 na prom z Gedser do Rostocku, a mieliśmy do przejechania 25 km. Prom wypływa co dwie godziny w ciągu dnia i nie chcieliśmy marnować czasu na przystani. Nie pojechaliśmy najkrótszą drogą, ale bardzo fajnym odcinkiem poprowadzonym po wale na skraju lasu i przy samej plaży.
Na miejscu kupiliśmy bilety w automacie, za naszą dwójkę z rowerami wyszło 540 kr., 313 zł. Na przystani czekało już sporo rowerzystów i całą grupą przed samochodami wjechaliśmy na pokład. Na promie są restauracje, więc można coś zjeść i napić się kawy. Rejs trwał 2 godziny. Rostock przywitał nas ulewą i wiatrem, jednak w miarę oddalania się od miasta rozpogadzało się, aż w końcu wyszło słońce, a wiatr mieliśmy w plecy. Na nocleg zatrzymaliśmy się w miejscowości Prerow na Maissners Sonnercamp (https://maps.app.goo.gl/RaeY6R1L9cHHwrnUA?g_st=ic, 34 eur, fajny kemping z wejściem na plażę).
Dzień 8
Na ten dzień zaplanowaliśmy krótki przelot oraz nocleg w hotelu w Stralsund. Trasa był bardzo malownicza. Prowadziła ścieżkami rowerowymi wzdłuż plaż oraz wałami dookoła zalewów i trzcinowisk. Po drodze mijaliśmy nadmorskie wioski gdzie dominują domy pokryte strzechami.
Stralsund to hanzeatyckie miasto z tradycyjną zabudową, ale naszym głównym celem było oceanarium. Zawsze staramy się je odwiedzać jak tylko na nie trafimy podczas podróży (wstęp 20 eur/os, bilety najlepiej kupić on line). Oceanarium bardzo nam się podobało, nie ma w nim tropików, a skupione jest lokalnie na naszym Morzu Bałtyckim. Warte odwiedzenia 🙂
Na nocleg wybraliśmy Hotel am Jungfernstieg (https://maps.app.goo.gl/d4AhrABKDighD8jo7?g_st=ic). Zapłaciliśmy 116 eur za naszą dwójkę, w cenie bardzo dobre śniadanie. Hotel jest przyjazny rowerzystom, posiada wydzielone pomieszczenie na rowery. Nasz pokój był od strony ulicy, przez co było głośno i w sumie się nie wyspaliśmy – nie ma to jak namiot 😉
Dzień 8
Droga w kierunku znanej nam już wyspy Uznam i nocleg w Karlshagen na kempingu Dünencamp (https://maps.app.goo.gl/VAMU1wmuzG8EzmTh9, 41 eur).
Dzień 9
Domknięcie pętli w Świnoujściu i powrót do domu.
A nasze wrażenia? Świetna trasa. Bardzo różnorodna i bardzo ciekawa. Udało nam się poznać inne oblicze południowego wybrzeża Szwecji, które po zachodniej stronie w Skanii jest równe, piaszczyste i zupełnie inne od szkierów po wschodniej stronie. Malmo i Kopenhaga mogą być celami na oddzielne wycieczki, tyle jest w nich do zobaczenia. Wschodnie wybrzeże Danii z dzikimi, długimi, piaszczystymi plażami i turkusowym Bałtykiem również było dla nas zaskoczeniem. A potem jeszcze te kredowe klify. Bardzo fajny był również przejazd wzdłuż wybrzeża niemieckiego, gdzie mijaliśmy hanzeatyckie miasteczka i nadmorską przyrodę. Do tego przejazd pociągiem do Kopenhagi i trzy promy (w Bogo, Gedser i w Świnoujściu). Wszystko to sprawiło, że była to jedna z najciekawszych wypraw, jakie do tej pory odbyliśmy i stawiamy ją ex aequo z Alpe Adrią :-).
Pobierz trasę GPX



























































































































































































































































































































































































































