Data: 04.07.2026
VeloPlannerPierwszy weekend lipca postanowiliśmy spędzić w górach niedaleko Wrocławia, żeby nie było daleko do jazdy w piątek po pracy. Naszą weekendową trasę zaplanowała Agnieszka i jako bazę wybrała pole kempingowe Góry Stołowe Camp (https://maps.app.goo.gl/RSCE6pKkY6Qs2PW78). Bardzo fajne miejsce ze świetnym zapleczem (prysznice, sanitariaty, kuchnie na najwyższym poziomie) nastawione na rodziny z dziećmi, bo za dzieci do 15 roku życia nie trzeba płacić i rzeczywiście było ich sporo. Kemping położony jest tuż przy zalewie z parkiem wodnym. W pobliżu nie ma sklepów, więc trzeba zaopatrzyć się we wszystko wcześniej, ale za to po drugiej stronie zalewu jest restauracja Kotwica z dobrą kuchnią (super zapiekanki i nugetsy) i czeskim piwem. Na kempingu spędziliśmy dwie noce i zapłaciliśmy 280 zł (2 osoby+namiot+samochód).
W sobotę rano, standardowo po śniadaniu i porannej kawie ruszyliśmy w trasę. Jak na nas to jechaliśmy na lekko, bo mieliśmy tylko po jednej sakwie z podstawowymi rzeczami, a cały sprzęt biwakowy został na polu namiotowym. Po przejechaniu dosłownie kilkuset metrów minęliśmy granicę z Czechami i w sumie to nie zdawaliśmy sobie sprawy, że granica jest aż tak blisko. Minęliśmy pierwszą miejscowość, Bożanov, i nasz szlak odbił w głąb lasu, a szlak stawał się coraz bardziej stromy i kamienisty. W pewnym momencie utknęliśmy całkowicie, ale było już blisko do szczytu i nie opłacało nam się zawracać. Więc cóż, pozdejmowaliśmy sakwy i przez ostatnie kilkaset metrów przetransportowaliśmy rowery na górę pojedynczo. Nie wiemy dlaczego Veloplanner tak nas pokierował, ale zdecydowanie nie był to szlak rowerowy, tylko pieszy, no i teraz już wiemy dlaczego mijający nas czescy turyści jakoś tak dziwnie się na nas patrzyli ;). Całe szczęście za szczytem zjazd był już łagodny i przejezdny i przed miejscowością Slavny byliśmy już na drodze rowerowej (cyklostrada). Jednak gdyby ktoś chciał ten odcinek jechać po naszych śladach, to odradzamy zdecydowanie, bo może grozić to uszkodzeniem roweru albo rozwodem ;).
Po drugiej stronie góry teren był już łagodniejszy i otworzyły się piękne krajobrazy, a nawierzchnia, już do samego końca dnia była asfaltowa. Mijaliśmy kolejne czeskie miejscowości, a do Polski wjechaliśmy po ok 30 km w Kudowie Zdroju. Tam kawa, lody i dalej w trasę. Duszniki, Szczytna, Polanica – fajnie było po latach odwiedzić miejscowości, do których jeździło się na wycieczki szkolne i trzeba przyznać, że mocno się one pozmieniały. Przynajmniej turystyczne centra uzdrowiskowe, które są odnowione, zadbane i były pełne ludzi. Na koniec zahaczyliśmy jeszcze o klasztor w Wambierzycach, zresztą nie dało się go pominąć, bo szlak wiódł tuż przy nim. Był jednak zamknięty, bo było już za późno i nie udało na się zaglądnąć do środka.
Całą trasę oceniamy jako ciekawą, bardzo urozmaiconą, z pięknymi górskimi widokami, ale też wymagającą. Pomijamy już fakt, że na samym początku zmarnowaliśmy sporo czasu i sił na pokonanie pierwszej góry, ale generalnie nasze rowery to nie rowery górskie – są za ciężkie i mają nie te przełożenia, chociaż i tak radziły sobie całkiem nieźle. Trasa była długa, co na równinach może nie jest czymś wyjątkowym, ale w górach to już inna bajka. Nasze 90 km w 8 godzin w górach, sądząc po naszym stylu jazdy i zmęczeniu, mogłoby odpowiadać powiedzmy 140 km na równinach. Także nie było lekko, ale dzięi temu mamy tym większą satysfakcję z nowego dla nas doświadczenia. Ale w planach na kolejny rowerowy wypad mamy już zdecydowanie tereny płaskie 😉
Pobierz trasę GPX


















































