Data: 23-29.07.2026
VeloPlannerByła to nasza pierwsza wyprawa do Szwecji. Nie mieliśmy doświadczenia ani w podróżowaniu po tym kraju, ani w podróżowaniu promami. Nie wiedzieliśmy więc ile czasu zajmie nam w rzeczywistości zaplanowana trasa, ani co może spotkać nas na miejscu. Dlatego kupiliśmy bilety na prom w jedną stronę, co dawało nam ten komfort podróży, że nie musieliśmy spieszyć się z powrotem. Z drugiej strony takie rozwiązanie znacząco podbiło koszt wyprawy, bo kupowanie biletów z dnia na dzień w jedną stronę kosztuje tyle, co w obie strony z wyprzedzeniem. Teraz widzę, że mogliśmy wziąć bilety w obie strony z opcją Flexi. Są one minimalnie droższe, ale opcja ta pozwala na bezkosztową zmianę daty rezerwacji rejsu.
Dzień 1
Pierwszy dzień naszej wyprawy do Szwecji minął nam na podróży. Mieliśmy wykupiony rejs nocny (wypłynięcie o 21.00, check-in o 19.00) więc mieliśmy sporo czasu i nie musieliśmy się spieszyć. Dojechaliśmy autem do Gdyni, a samochód zostawiliśmy na parkingu APCOA przy ul. Kadłubowców 2 (za tydzień zapłaciliśmy 120 zł). Potem przesiedliśmy się już z bagażami na rowery i po 10 minutach byliśmy pod terminalem Stena Line. Odprawa odbyła się szybko i bez problemów, dostaliśmy bilety na pokład i klucze dostępowe do kabiny. Pozdejmowaliśmy wszystkie sakwy z rowerów, a same rowery odstawiliśmy na przyczepę rowerową, która czekała na parkingu przy samym terminalu. Wszystko odbyło się bardzo sprawnie i absolutnie nie ma się czym stresować. O 20.00 otworzono bramki w terminalu, przez które przeszliśmy do dużej poczekalni. Całe szczęście obsługa zlitowała się nad rowerzystami i nie musieliśmy przepuszczać wszystkich naszych tobołków przez skanery (takie jak na lotniskach). Potem autobus zabrał nas na prom. Z powodu remontów nie działa rękaw, którym weszlibyśmy normalnie na prom. Było to nieco uciążliwe, bo obwieszeni sakwami musieliśmy przeciskać się pomiędzy samochodami na najniższym pokładzie, a potem windą dostać się na siódmy poziom, gdzie mieliśmy kabinę. Ale jakoś poszło. Sama kabina co prawda bez okna, ale czysta, przytulna, z łazienką i TV. Rejs był bardzo spokojny i punktualny. O 6.00 rano zjedliśmy śniadanie (szwedzki stół, akurat tu pasuje jak ulał 😉, wliczone w cenę biletu). O godzinie 7.00 rano zgodnie z rozkładem dopłynęliśmy do Karlskrony. Tam już rękawem opuściliśmy pokład i po kilkunastu minutach pod terminal podjechała przyczepa z rowerami.
Dzień 2
Płynęło z nami jeszcze kilka osób z rowerami i sakwami, także wspólne oczekiwanie na rowery minęło bardzo szybko. Pogadaliśmy, poprzypinaliśmy sakwy, po czym każdy rozjechał się w swoją stronę. My na ten dzień zaplanowaliśmy dotarcie w okolice miejscowości Kalmar. Generalnie, założoną przez nas pętlę na tę wyprawę można oczywiście przejechać w dwóch kierunkach, zgodnie lub przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. My wybraliśmy kierunek przeciwny. Prognozy pogody zapowiadały silne zachodnie wiatry w najbliższych dniach, dlatego postanowiliśmy, że z grubsza pod wiatr postaramy się jechać przez lasy w Smalandii, a z wiatrem wzdłuż wybrzeża w drodze powrotnej do Karlskrony. No i ruszyliśmy. Pogoda dopisywała. Po kilku dniach wichur, deszczu i zimna, które akurat przez ostatnie dni przetaczały się przez Polskę, tutaj było słonecznie, w sumie ciepło, chociaż trochę wiało. Pierwsze wrażenia jakie mieliśmy to cisza i spokój, który panował we wszystkich wioskach i miasteczkach, które mijaliśmy. W sumie to zastanawialiśmy się, gdzie ci wszyscy ludzie się podziewają, bo praktycznie nigdzie nikogo nie było widać. Widoki mieliśmy bardzo urozmaicone, trochę lasów, sporo łąk i pastwisk, malownicze wioski z czerwonymi, drewnianymi domami, zawitaliśmy też do jednaj mariny gdzieś w połowie drogi. Było jednak to jedyne miejsce na naszej trasie, gdzie zbliżyliśmy się do morza. Myśleliśmy początkowo, że trasa będzie wiodła bliżej morza, ale szlak, który wybraliśmy (szwedzki fragment EuroVelo 10 dookoła Bałtyku) prowadzi praktycznie cały czas w głębi lądu i morza praktycznie nie było widać. To, co nas trochę zaskoczyło, to brak infrastruktury rowerowej, do której zdążyliśmy już się przyzwyczaić, bo przecież jest wszędzie powszechna. Przez 100 km nie było na trasie ani jednego MOR-u czy nawet ławy, przy której można było zjeść drugie śniadanie czy po prostu odpocząć. A byliśmy przecież na międzynarodowym szlaku rowerowym… Jechało się jednak super. Trasa wiodła bądź wydzielonymi drogami rowerowymi (w tym wielokilometrowym dawnym nasypem kolejowym), bądź szosami o małym natężeniu ruchu, a i tak kierowcy mijali nas bardzo ostrożnie. Zawsze zwalniali, cierpliwie czekali na dobrą widoczność na zakrętach i przy omijaniu nas, niemal zjeżdżali na drugie pobocze. Pod tym względem to jeszcze tak bezpiecznie na drogach nigdy się nie czuliśmy. No i nawierzchnia – wszędzie idealna. Asfalt jak masełko, a jak już był szutr, to również ubity, bez tarki i luźnych kamieni.
W miarę zbliżania się do Kalmar zaczynaliśmy rozglądać się za miejscem na nocleg. Nie spodziewaliśmy się żadnych trudności, bo przecież Szwecja uchodzi pod tym względem za raj, prawo do natury, itd. Niby można rozbijać się na dziko wszędzie (oczywiście z dala od domów, na krótko i ma być po sobie posprzątane), ale problem w tym, że takich miejsc nie było po drodze. Nie było nawet za bardzo gdzie zboczyć z trasy, bo jechaliśmy cały czas wzdłuż niekończących się kamiennych murków, taśm, drutów kolczastych albo drutów pod napięciem, które jednoznacznie wyznaczały tereny prywatne, pastwiska, łąki i lasy. Wiedzieliśmy, że tak może być, bo południe Szwecji jest, jak na Szwecję, stosunkowo gęsto zaludnione i mocno turystyczne. Ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak bardzo. Korzystaliśmy również z aplikacji na telefon Ark56 i Naturkartan, ale również w tym regionie nie były zbyt pomocne. Jednk nie było tak źle, bo w końcu udało nam się znaleźć bardzo fajną miejscówkę. Jest to gminne kąpielisko w zatoce nad morzem, na uboczu, z pomostami, miejscami na ognisko i nowoczesnymi toaletami (https://maps.app.goo.gl/9t4gheJ5b6r4LSu38). Zakazu biwakowania nie było, więc się rozbiliśmy, ale i tak nikt z przechodzących ludzi kompletnie się nami nie interesował. Gdy tam dotarliśmy był już wczesny wieczór i było jeszcze kilka kąpiących się osób, ale noc spędziliśmy już sami.
Dzień ten był bardzo urozmaicony i spełnił nasze oczekiwania z jakimi przyjechaliśmy do Szwecji: kolorowe domki, piękne widoki, nocleg na dziko nad wodą, cisza, spokój i bezpieczeństwo na drogach.
Dzień 3
Noc minęła spokojnie (chociaż w środku nocy Aga zrobiła pobudkę, bo wydawało się jej, że dziki blisko podeszły, ale to tylko pomost skrzypiał na falach). Po śniadaniu ruszyliśmy do Kalmar. Pokręciliśmy się po centrum, a potem pojechaliśmy jeszcze zobaczyć jak wygląda 6-cio kilometrowy most na Olandię. Mogliśmy tylko na niego popatrzeć, bo obowiązuje zakaz wjazdu dla rowerów. Podróżując rowerami na Olandię można dostać się promem lub autobusem. My nie mieliśmy tym razem w planach Olandii, bo na jej zwiedzenia potrzeba kilka dni, więc odbiliśmy na zachód w głąb Smalandii.
Z każdym kilometrem tereny stawały się coraz bardziej zalesione, aż w końcu wjechaliśmy w niekończące się lasy. Co jakiś czas mijaliśmy małe wioski, ale głównie porozrzucane po drodze pojedyncze zabudowania, które w zasadnie nie tworzyły ani wsi, ani zwartej zabudowy, tylko oddalone były od siebie o kilka kilometrów. Praktycznie wszystkie zabudowania: domy mieszkalnie, budynki gospodarcze, stodoły, były pomalowane na czerwono i były bardzo zadbane. Charakterystyczne również było to, że nie było tam żadnych płotów, a jedynie niskie kamienne mury oraz brak zasłon w oknach. Świetnie to wygląda i chyba już na zawsze będzie nam się to kojarzyło z tym regionem.
Szlak prowadził nas głównie drogami publicznymi, ale o bardzo małym natężeniu ruchu. Tak małym, że czasem samochód mijał nas raz na godzinę i łapaliśmy się na tym, że zapominaliśmy, że jesteśmy na drodze publicznej… Nawierzchnia idealna, niekończące się proste odcinki, teren lekko pofalowany i lasy. Dzikie, potężne i bezludne lasy. Mieliśmy wrażenie, że jechaliśmy przez jeden olbrzymi rezerwat przyrody. U nas oczywiście też mamy wspaniałe bory i rezerwaty przyrody. Ale nie w takiej skali, bo tu lasy ciągną się przez setki kilometrów i są nietknięte przez człowieka. Niesamowite wrażenie sprawiała jazda przez takie tereny.
Z drugiej strony rodziło to nowy problem, czyli gdzie zatrzymać się na nocleg. Wiaty czy kempingi porozrzucane były wzdłuż naszej trasy bardzo rzadko, oczywiście brak jakiejkolwiek infrastruktury rowerowej, a o znalezieniu miejsca na rozbicie namiotu w takiej dziczy można zapomnieć. Poza tym z góry odpadała opcja spania na dziko w tych lasach, bo żona nie chciała potencjalnych nocnych odwiedzin dzikiej zwierzyny, a ja, jak zawsze, chciałem spać nad wodą. Upatrzyliśmy sobie więc kemping nad jeziorem w miejscowości Lessebo i pod wieczór dotarliśmy tam ostatkami sił. Kemping okazał się nietypowy pod tym względem, że był to teren całkowicie otwarty, z jednej strony przylegający do jeziora, a z drugiej do domków jednorodzinnych. Ale cisza, spokój, widać nikomu takie rozwiązanie nikomu nie przeszkadza. Miejsce okazało się bardzo kameralne. Jak przyjechaliśmy było już późno i na recepcji nikogo nie było, ale właściciel przez telefon podał nam kod do skrzynki dla spóźnialskich, w której był kluczyk do toalet, pryszniców i w pełni wyposażonej kuchni (https://maps.app.goo.gl/uA7nLX8P7WcHQZqH6, 250 koron (100 zł)/noc).
Dzień 4
W nocy padał deszcz, ale rano pogoda się poprawiła i szybko wysuszyliśmy namiot. Po śniadaniu rozliczyliśmy się za nocleg i ruszyliśmy w dalszą drogę.
W krajobrazie niewiele się zmieniało, w dalszym ciągu byliśmy niemal samotni na leśnych szosach. Mijaliśmy odosobnione domy, czasem minął nas samochód, czasem rowerzyści na szosówkach, a nawet minęliśmy ludzi na nartorolkach – tak równe są tu nawierzchnie i bezpieczna jazda po lokalnych drogach. Ludzi widzieliśmy jedynie w większych miejscowościach, bo wioski i domostwa mijane w lasach sprawiały wrażenie kompletnie bezludnych. To co się powoli zmieniało, to zaczęły pojawiać się jeziora, przez co robiło się bardziej malowniczo i łamało monotonię jazdy. Jednak również tutaj problem odrutowania wszystkiego co się da, nie zniknął. Mijaliśmy jeziora, ale albo nie było do nich żadnych dróg dojazdowych, a jak już były, to były to drogi prywatne i zadrutowane. Ale do kilku miejsc po drodze udało nam się podjechać i również mieliśmy wrażenie, że jeziora, podobnie jak i lasy, są nietknięte przez człowieka – żadnych pomostów, plaż, bojek, sieci – nic. Jedynie wędkarze gdzieniegdzie mają możliwość zwodowania łódki, ale to wszystko.
Ten dzień miał być luźny i pierwotnie nocleg planowaliśmy w Vaxjo, dużym mieście na naszej trasie, zaledwie po ok. 50 km jazdy. Jednak na miejscu kemping okazał się całkowicie zastawiony kamperami i jedyne wolne miejsca na rozbicie się były przy ruchliwej szosie, a nie od strony jeziora. Pojechaliśmy więc dalej na południe w kierunku parku narodowego Asnen. Jako cel wybraliśmy kemping w Torne z założeniem, że jak napotkamy po drodze jakieś ciekawe miejsce na nocleg, to na nim zostaniemy. Minęliśmy po drodze dosłownie kilka miejsc, ale albo były one już zastawione przez namioty i kampery, albo były z zakazem biwakowania. Dojechaliśmy więc na kemping w Torne, ale był on niezwykle zatłoczony. Pojechaliśmy więc jeszcze dalej kilka kilometrów w głąb parku narodowego na wyznaczone miejsce biwakowe. Miejscówka ta okazała się strzałem w dziesiątkę i warto było się namęczyć, żeby tam dojechać. Było tam już kilka ekip rowerowych i jedna piesza, w tym para z Polski, która jechała identyczną trasą jak nasza tyko, że w przeciwnym kierunku, ale mieliśmy miejsce na namiot na małej plaży niemal przy samej wodzie jeziora. Miejsce to było wyznaczone do biwakowania przez władze parku narodowego i poza takimi miejscami nie można nigdzie indziej się rozbijać, ale była tu toaleta i wiata, co robiło bardzo fajne połączenia noclegu na dziko w parku narodowym z obecnością innych ludzi, przez co było raźniej i nikt nikomu nie przeszkadzał. Świetny nocleg.
Dzień 5
Tej nocy również padało, ale poranek był słoneczny (i wietrzny) i szybko się wysuszyliśmy. Śniadanie, kawa, wymiana uwag i wrażeń z tras z Polakami, i w drogę. Tego dnia mieliśmy w planach dojechanie nad morze, co wydawało się o tyle łatwiejsze, że mieliśmy zjechać z płaskowyżu, na którym się znajdowaliśmy. Charakter trasy zmienił się całkowicie. Była to wydzielona trasa rowerowa, która prowadziła groblami wzdłuż brzegów mijanych jezior (trochę nam się to skojarzyło ze stawami milickimi ;-)) Był to region turystyczny i po drodze mijaliśmy wielu rowerzystów, w tym z sakwami oraz pieszych turystów z plecakami. Było słonecznie i wietrznie. Raz złapał też nas nagły i intensywny deszcz, przed którym schowaliśmy się z grupką ludzi w wiacie. Wiaty tam są niskie i trzeba do nich wchodzić na kolanach, ale spełniają swoją rolę i było w niej całkiem przytulnie (i wesoło). W miarę zbliżania się do wybrzeża i opuszczania lasów wiatr się wzmagał. Widać było, że musiało wiać tu wcześniej całkiem solidnie, bo pełno było postrącanych gałęzi, a raz przeciskaliśmy się pod świeżo zwalonym drzewem.
Jechało się jednak bardzo dobrze, mieliśmy z górki, wiatr lekko z tyłu, nawierzchnia jak zwykle super, w tym kilkukilometrowy wyasfaltowany nasyp kolejowy. Tutaj też wreszcie trafiliśmy na pierwszy na naszej trasie MOR ;-). W porównaniu do poprzednich dni, to tym razem wypoczywaliśmy podczas jazdy. Dojechaliśmy na wybrzeże w Kalshamn i po podwieczorku i przejażdżce po centrum miasta ruszyliśmy w dalszą trasę wzdłuż wybrzeża. Mieliśmy jeszcze sporo czasu do wieczora więc postanowiliśmy jechać możliwie jak najbliżej morza tak, żeby zobaczyć jak wygląda ta część wybrzeża, a i być może znaleźć przy okazji jakieś fajne miejsce na nocleg. No, ale niestety. Ta część wybrzeża to wybrzeże szkierowe, pełne malowniczych zatok i wysepek, które co prawda pięknie wyglądają z daleka, ale są praktycznie niedostępne dla turystów. Każda zatoka zabudowana jest prywatnymi posiadłościami, przez co dostęp do morza jest odcięty. Jakoś nas to nie zaskoczyło. Pojechaliśmy więc do rezerwatu przyrody Eriksbergs, gdzie zaznaczonych na mapie jest kilka miejsc biwakowych. Dojechaliśmy na miejsce i weszliśmy na szlak. Był to jednak szlak pieszy i po tym jak stał się już na prawdę stromy i skalisty tak, że nie dało się już prowadzić naszych ciężkich rowerów, zawróciliśmy i nie próbowaliśmy brnąć dalej. Pozostał nam nocleg na kempingu i jako plan B, na dokładnie taką sytuację, mieliśmy wybrany kemping Jarnaviks. Postanowiliśmy już dać sobie spokój z eksperymentami i poszukiwaniem miejsc do spania na dziko, bo po prostu w tym regionie łatwo dostępnych miejsc dla rowerzystów z sakwami nie ma.
Całe szczęście pierwotny wybór pokonywania całej naszej trasy przeciwnie do ruchu wskazówek zegara był bardzo dobry. Wiał bardzo silny wiatr, ale tym razem mieliśmy go centralnie z tyłu i popychał nas przy pokonywaniu kolejnych kilometrów i wzniesień. Na miejsce dotarliśmy standardowo, czyli dosyć późno i recepcja była już zamknięta. Zameldowaliśmy się on-line po sczytaniu kodu QR. Na maila przyszły wszystkie informacje, w tym, kody do sanitariatów i do pryszniców oraz do Wi-Fi (https://maps.app.goo.gl/PEsspnjJdTku8d7w5, 300 SEK (120 zł)). Kemping sporej wielkości, w pełni zorganizowany, dużo ludzi i kamperów. Udało nam się jednak znaleźć osłonięte od wiatru miejsce na namiot, bo z godziny na godzinę wiatr się wzmagał i robiło się naprawdę zimno. Bardzo fajnym rozwiązaniem na tym kempingu okazała się duża, przeszklona jadalnia, w której spokojnie mogliśmy przygotować i zjeść kolację w cieple i bez wiatru.
Do Karlskrony zostało nam już tylko kilkadziesiąt kilometrów i postanowiliśmy, że nazajutrz ją zwiedzimy, domykając tym samym naszą pętlę. A jak się uda, to wsiądziemy wieczorem na prom na nocny rejs do Gdyni. Kupowaliśmy bilety z dnia na dzień i nie było już dostępnych kabin w rozsądnych cenach. Kolejne cenowo dostępne były fotele lotnicze w Hygge Longe i na nie się zdecydowaliśmy. Niestety nie były tanie, bo za naszą dwójkę z rowerami zapłaciliśmy 1238 zł.
Dzień 6
W nocy, chociaż solidnie wiało, to nie do końca się wywiało i mieliśmy kolejny słoneczny, ale i wietrzny dzień. O tyle dobrze, że zrobiło się dużo cieplej, a w miarę upływu dnia robiło się wręcz gorąco.
Po drodze do Karlskrony nie zbaczaliśmy już ze szlaku i nie szukaliśmy zacisznych zatoczek. Jechaliśmy prosto do miasta i chociaż mieliśmy sporo czasu, to zawsze jakoś inaczej się jedzie, gdy trzeba dojechać na określoną godzinę. Droga minęła spokojnie, wiatr nas pchał i nawet udało się odwiedzić całkiem spory i nieźle zaopatrzony sklep z akwarystyką morską ;).
Karlskrona okazała się bardzo ciekawym i ładnym miastem. Położona na wyspach, z piękną architekturą, z wieloma mostami i drogami rowerowymi, była super miejscem do zwiedzania. Dobrze, że mieliśmy zapas czasu, bo przydał się na jej zwiedzanie. Trochę się po niej pokręciliśmy, chociaż samo centrum nie było w pełni dostępne, bo trwała akurat instalacja wielkiego parku rozrywki i ekipy techniczne stawiały różne karuzele i inne gadżety dosłownie w każdym zakamarku rynku i w uliczkach przylegających. Ale poza tym było znośnie i pomimo wielu turystów dało się zwiedzać na rowerach.
O 19.00 dojechaliśmy na przystań promową i znowu: check-in, przepakowanie się, zdanie rowerów, wejście na pokład – wszystko przebiegło bardzo sprawnie i bez stresu. Nie wiedzieliśmy czego mamy się spodziewać po Hygge Lounge, ale tu mieliśmy bardzo miłą niespodziankę. Była to bowiem przestronna, wyciszona i częściowo zaciemniona sala na kilkanaście, a może więcej, foteli lotniczych. Był tam też kącik z kawą i herbatą. Wstęp mieli wyłącznie pasażerowie, którzy mieli wykupione miejscówki, więc spokojnie mogliśmy zostawić tam nasze bagaże. Fotele miały automatyczne sterowanie i po rozłożeniu były bardzo wygodne, świetnie się na nich spało. W sumie było nas w tej sali łącznie 7 osób i nikt nikomu nie przeszkadzał, pełny komfort. Wypłynęliśmy punktualnie o 21.00 i z tarasu widokowego oglądaliśmy wypłynięcie z portu i oddalającą się Szwecję. Potem pozwiedzaliśmy statek, pograliśmy w bingo i poszliśmy spać.
Rano śniadanie z widokiem na morze, o 7.00 dopłynęliśmy do Gdyni, a o 8.00 już byliśmy w aucie gotowi do drogi do Niemiec.
Wyprawa była świetna i wraz z upływem czasu czujemy coraz większy niedosyt i wiemy, że do Szwecji jeszcze wrócimy. Zbyt różnorodny jest to kraj, a my zaledwie liznęliśmy tego, co oferuje. Byliśmy tam tylko kilka dni i przejechaliśmy tylko 500 km, ale przeplatały się miejsca bardzo ciekawe, piękne krajobrazy, szkiery i skandynawska architektura, z monotonią niekończących się lasów, ciężką i nużącą jazdą. Świetne nawierzchnie dróg, super kultura jazdy kierowców z pozorną nieograniczoną swobodą w dostępie do natury i z nieustannie wiejącym wiatrem. Spędziliśmy w sumie dwie noce na dziko, dwie na kempingach i dwie na promach, co było dla nas ciekawym i nowym doświadczeniem. Teraz jesteśmy już nieco mądrzejsi i bardziej wiemy czego możemy się spodziewać przy kolejnej wyprawie do Szwecji.
Czy taka wyprawa jak nasza, jest odpowiednia dla początkujących? Chyba nie, głównie ze względu na odległości, które pokonywaliśmy. Ale przy odpowiednim ułożeniu trasy, to już jak najbardziej. Nie mieliśmy po drodze żadnych sytuacji, ani żadnych przygód, z którymi ktokolwiek by sobie nie poradził. Poza tym Szwedzi są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów i jesteśmy przekonani, że w przypadku jakiejś sytuacji awaryjnej, na pewno by pomogli.
A my? Jeszcze tam wrócimy 😉
Pobierz trasę GPX



































































































































































































































































